Kategorie: Wszystkie | audycje | muzyka z płyt | pokazy | relacje | zapowiedzi | zdjęcia
RSS
czwartek, 31 lipca 2008

Zachęcam do lektury nowego numeru Pisma Folkowego "Gadki z Chatki" (75) - tradycja, muzyka świata i okolic - jedynego fanzinu folkowego w Polsce.

W tym numerze miedzy innymi:

* Sonda - odwieczny problem „gdzie na wakacje” pomagają rozwikłać uczestnicy gadkowej sondy, sypiąc jak z rękawa folkowymi propozycjami, z których jedna jest ciekawsza od drugiej. Śpiew, taniec, wystawa fotograficzna, spotkania inne niż wszystkie...?

* Gęśle wędrują do Beltaine obszerna relacja Piotra Piegata z tegorocznej, piątej już edycji plebiscytu Wirtu@lne Gęśle 2008.

* Leśny muzykant opowieść Wojciecha Gąsienicy-Byrcyna dla wszystkich, którzy chcą zapoznać się z postacią Stanisława Nędzy-Chotarskiego (syna), usłyszeć grę i śpiew lasu, a także poczuć smak obcowania z nietypowym”, choć prawdziwym” tekstem o sztuce.

* Mari Boine: Poznałam Polskę wywiad z wybitną postacią sceny world music o Norwegii, ludzie Sami, Polsce i muzyce wymykającej się wszelkim klasyfikacjom, opartej na śpiewie joik, ale wzbogaconej elementami klasyki, jazzu, rocka, awangardy. O muzyce, która wyzwala i łączy.

* Dżwięki czasów kolejny wywiad, tym razem z lubelskim Sounds of Times, laureatem nagrody Grand Prix na konkursie Festiwalu Nowa Tradycja”, zespołem grającym muzykę instrumentalną, opartą na tradycyjnych motywach żydowskich.

Ponadto:

* Z teorii: Bocian w słowianskich wyobrazeniach ludowych, cz.2

* Festiwale: Nowa Tradycja, Tam po majowuj rosi, wernisaż Anatola Krawczuka

* Ossower: Encyklopedia polskiego folku - odcinek 18 (karp-kolo)

* Nowości płytowe, recenzje, relacje, felietony...

16:24, piotrpiegat
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 lipca 2008

W Warszawie sezon ogórkowy w pełni, a dzieje się tak dużo ciekawych rzeczy, muzycznych wydarzeń, że naprawdę trudno wybrać co ciekawsze, bardziej interesujące. Bo choćby w ostatni weekend przybyły do nas prawdziwe gwiazdy: amerykańskiego jazzu (Archie Shepp); europejskiego cello-metalu (Apocaliptica); polskiego folku (Orkiestra Św. Mikołaja). Mało? To jeszcze w sobotnią noc o gorącą atmosferę  nad Wisła zadbali młodzi Cyganie z dalekiej, węgierskiej wioski.

W piątkowy wieczór po raz kolejny tego lata, wybraliśmy się na Scenę Letnią w Lapidarium na warszawskiej Starówce. W ramach cyklu Muzyka Świata, zagrał tym razem zespół, który jest już legendą naszego, polskiego folku - Orkiestra Św. Mikołaja. Muzykę Orkiestry cechuje stosowanie wyłącznie instrumentów akustycznych i techniki tzw. "białego" śpiewu. Lublinianie, jako jedna z pierwszych kapel, rozpropagowali muzykę słowiańską - przede wszystkim łemkowską, huculską i polską. Koncert w Lapidarium, to właśnie potwierdzenie tego faktu i nawiązanie do całokształtu ich 20-to letniej już muzycznej podróży.

Mikołaje zabrali nas w swoją podróż do źródeł i korzeni polskiego nurtu folkowego. Przedstawili w nowych wersjach kilkanaście znanych przebojów, często rozbrzmiewających przy górskich ogniskach. W programie koncertu znalazły się też nowsze tematy - z ostatniej płyty "Nowa Muzyka" - a więc ciekawe aranżacje tradycyjnych utworów ludowych, z centralnej i wschodniej Polski. Poza sugestywnym liderem Bogdanem Brachą (vel. Mikołaj ;-), szczególną uwagę widzów przykuwała charyzmatyczna (stosunkowo "nowa" w zespole) wokalistka i skrzypaczka Marysia Natanson. Marysia nie tylko znakomicie wykonuje nowy program nizinny, ale też wprost znakomicie wkomponowała się w stare, znane, mikołajowe "hiciory". Jej naturalnie brzmiący, charakterystyczny głos, jak i gra na skrzypcach, to w tej chwili jeden z największych atutów zespołu. Doprawdy, bardzo przyjemnie jest patrzeć na jej artystyczny rozwój, jaki ma miejsce od czasów spontanicznej, dziewczęcej Semenci (pamiętne spotkania na Nowej Tradycji i Wąskim Torze), aż po obecne występy w Caci Vorba i Orkiestrze. No cóż, Mikołaje brzmią świetnie, bawią się nowymi aranżacjami, nabrali nowej siły i ciekawych pomysłów na własną muzykę. Dawno już nie widziałem ich w tak dobrej formie.

Kolejnym już wydarzeniem tegorocznego plenerowego festiwalu Jazz na Starówce 2008 był występ owianego legendą saksofonisty Archie Shepp`a ze swoim Quartetem. Artysta to wybitny, wszechstronny, grający jazz z najwyższej półki i wielce zasłużony dla rozwoju tego gatunku muzycznego na świecie. Shepp w swojej muzyce, pamięta o starych korzeniach jazzu - rythm and bluesie i bluesie. Znany każdemu prawdziwemu miłośnikowi jazzu tradycyjnego jak i awangardowego, to obecnie już 71-cio letni, bardzo elegancki starszy pan, sugestywnie i plastycznie pokazujący na scenie swoje muzyczne fascynacje i emocje. W garniturze i kapeluszu znakomicie odgrywał zupełnie nawet karkołomne solowe partie saksofonu, roztaczał ciepło i melancholię uwodzącymi, jazzowymi balladami lub porywał wszystkich do zabawy i oklasków genialnie śpiewając swoich chropowatym głosem bluesa. Sam ten wokal powalał słuchaczy, przywodząc na myśl styl Louisa Armstronga i bluesowe ballady Toma Waitsa. Archie Shepp to żyjąca legenda i historia jazzu, ale nie tylko jazzu. Zgromadzonej na Rynku publiczności snuł opowieści o swoim życiu, korzeniach z których się wywodzi - głębokim amerykańskim południu, delcie Missisipi, babci, która urodziła i wychowała się jeszcze w czasach niewolnictwa. Te wszystkie doświadczenia i przeżycia słychać było w jego głosie i czasami tęsknej, a czasami porywczej muzyce. Pomimo swojego wieku i trudności w poruszaniu się, Shepp grał dynamicznie, konwersował z widownią, a na koniec zaskoczył wszystkich taką funkową wokalizą, której nie powstydził by się sam James Brown. Poważnie - ludziska ryknęli z zachwytu, siedzący wstali na równe nogi i wszyscy zaczęli rytmicznie klaskać i podskakiwać w rytm soczystego rythm`n`bluesa. To było naprawdę ujmujące przeżycie, móc posłuchać i poobserwować tego legendarnego już muzyka na naszej warszawskiej scenie.

Parę słów należy się też zespołowi Sheppa, a zwłaszcza dwóm wybitnym muzykom, może trochę młodszym, ale równie wielkim indywidualnościom co sam lider. Grający na klarnecie basowym Denis Colin wspaniale dopasował się do stylistyki Sheppa, wygrywając na tym trudnym dęciaku porywające solówki i dodatkowo wzbogacając brzmienie orkiestry. Colin - wizualnie przypominający naszego dobrego znajomego Jana Garbarka - to świetny instrumentalista, o którym zapewne już wkrótce usłyszymy wiele dobrego. Steve McCraven, to niezwykle plastyczny i emocjonalny perkusista, wiekiem i doświadczeniem niewiele odbiegający od samego lidera. Steve bardzo skutecznie napędzał ta bluesowo-jazzową maszynkę, a widownię porwał solowym występem tzw. body-druming. Uderzając dłońmi o różne części swojego ciała, zagrał i zaśpiewał starą, murzyńską pieśń niewolników z południowych plantacji bawełny. To był istny majstersztyk! Występ, który zapada w pamięci na długie, długie lata.

Sobotni późny wieczór to kolejna plenerowa impreza w ramach projektu Światła Portu Czerniakowskiego, na barce Herbatnik. Imprezy organizowane przez Fundację Ja Wisła od kilku lat cieszą się uznaną estymą w warszawskim środowisku folkowym. Rozstawione nad brzegiem rzeki świece i lampiony, kameralne ognisko i klimatyczna, stara barka, na której występują artyści - wszystko to pośród drzew i krzaków nadwiślańskiego łęgu - to idealne otoczenie, do niczym nieskrępowanej, spontanicznej zabawy. Dla miłośników odpoczynku i kontemplacji od pewnego czasu rozstawiane są plażowe leżaczki, z których spokojnie można obserwować grających i bawiących się przy barce. Kto ma ochotę może bawić się na leżakach, kto chce to przy ognisku piekąc kiełbaski, albo po prostu skacząc i bawiąc się wokół barki.

W tą sobotę w porcie nad Wisłą zagościła muzyka węgierskich Cyganów z grupy Fláre Beás Band. Czterech młodych muzyków - na stałe mieszkających w małej wiosce na pograniczu węgiersko-serbskim - żywiołowo wykonuje autentyczne, cygańskie piosenki i melodie. Ich instrumenty, to poza akustyczną gitarą - blaszana bańka (kanka, dzban), na której wybijany jest żywy rytm oraz drewniane łyżki. Głównym elementem muzycznym i siłą grupy są jednak wielogłosowe, tradycyjne cygańskie śpiewy, połączone z innymi, wokalnymi, ekspresyjnym środkami wyrazu. Brzmi to wszystko dynamicznie i melodyjnie, bardzo naturalnie. W zaśpiewach, pokrzykiwaniach i uderzeniach w blaszany dzbanek, bardzo wyraźnie słychać orientalne, hinduskie korzenie samych Cyganów, jak i ich muzyki. Gitara i skoczne melodie nadają piosenkom bardzo przebojowego, tanecznego charakteru. Fláre Beás Band znakomicie sprawdzili się na improwizowano-barkowej scenie, grając autentyczne gipsy-ethno, z energią która hipnotyzuje i porywa widzów do wspólnej zabawy. Tuż po rozpoczęciu koncertu zebrana publiczność rozpoczęła szaloną zabawę wokół barki i radosne przeżywanie muzyki. Wspólnego tańca i śpiewów nie zaprzestano, aż do zakończenia i wielokrotnych bisów. Ludzie bawili się wesoło do tego stopnia, że bez problemu dali się przez muzyków namówić (a potem wielokrotnie domagali się powtórki! ;-), aby wspólnie - i na głosy! - odśpiewać znany, taneczny przebój cygańskich zabaw, wesel i dyskotek - Acalari Bomba! Widać, że zespół ma spore doświadczenie w porywaniu do zabawy i tańca, gdyż na co dzień występuje w cieszących się na Węgrzech ogromną popularnością "tanchazach", czyli miejscowych "domach tańca".

To była naprawdę świetna zabawa na świeżym powietrzu przy żywiołowej, cygańskiej muzyce. Dla mnie - po prostu Acalari Bomba! :-)

Keszelem Cygani!

ps. niezłe fotki z imprezy można obejrzeć w albumie:

http://picasaweb.google.com/pinkf31415/FLREBESBANDHerbatnik

 

17:57, piotrpiegat , relacje
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 lipca 2008

Park Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego zapełnił się wczoraj nie tylko fanami metalu (choć tych była większość), ale również ludźmi, którzy już tradycyjnie, od kilku lat uczestniczą w ten nietypowy sposób upamiętnienia Powstania. Pamiętamy 1944.

Tym razem usadowiliśmy się na trawniczku pod wieżą muzeum, całkiem niedaleko sceny. Miejsce było i wygodne i strategiczne :) Nad nami pobłyskiwała wyświetlana na ścianie wielka kotwica Polski Walczącej.

 

Armia, to zespół chyba najbardziej na miejscu na takiej imprezie. Niestety grał jeszcze za dnia, jako support, co na pewno trochę osłabiło przesłanie tekstów i muzyki. Ja przypominam sobie ich koncert 3 lata temu. Ciarki chodziły po plecach. Wczoraj też, choć rzadziej - nie było tej atmosfery. Jednak niektóre bojowe pieśni Budzego ruszyły zgromadzony tłum - "Niezwyciężony", "Aguirre", "Gdzie ja tam będziesz Ty". Był też oczywiście cover powstańczej pieśni "Warszawskie dzieci pójdziemy w bój"! Zabrakło jednak świetnego, symbolicznego "Strzały znikąd - chłopcy stąd".

Gwiazdą wieczoru była jednak Apocaliptica i przyznać trzeba, że dali bardzo sprawny i porywający fanów ciężkiego brzmienia show. Właśnie chyba słowo "show" jest tu słowem-kluczem. Fińscy wirtuozi wiolonczel, to prawdziwe sceniczne zwierza, porywające głównie nastoletnią widownię do ekstatycznej zabawy. Wiolonczele brzmiące jak ciężkie, heavy metalowe, a nawet trashowe gitary, karkołomne solówki grane smykami, potężne brzmienie perkusji. Pomimo wielkich umiejętności, scenicznej charyzmy i olbrzymiej energii muzyków, coverów utworów znanych, metalowych wykonawców (Metallica, Sepultura), zabrakło mi niestety w tym występie głębszej idei - przesłania. Pomysłu, choćby symbolicznie łączącego lub nawiązującego do rocznicy, z okazji której koncert się odbywał. Nie wszystko jednak można przekazać okrzykami i machaniem głowami. No chyba, że za przesłanie przyjmiemy komplementy kierowane przez muzyków do publiczności (np: "polskie kobiety są najładniejsze na świecie", albo "nie ma nic lepszego niż granie na wiolonczelach w Polsce" ;-) No nic to - było mocno, melodyjnie, widowiskowo... i chyba o to chodziło przybyłej publice. W większości. Nam w pamięci bardziej zapadły powstańcze koncerty z lat poprzednich Lao Che, Armii, Fisza, czy ostatnio Agi Zaryan. Bardziej wiązały się z miejscem i okolicznościami koncertu Pamiętamy 1944.

Ostatnia część wieczoru odbyła się bardzo późno, po występie Apocaliptyki. W ramach projektu "Odczytać Powstanie", zaprezentowano spektakl pt. "Księga Eklezjastesa" w wykonaniu Eryka Lubosa - monodram o zmaganiu się człowieka z codziennością, "...opowieść o tragizmie przeznaczenia i próbie jego przezwyciężenia". Obsesyjną muzykę na żywo wykonywał zespół Kormorany. Niestety, to już było naprawdę bardzo późno, więc nie mogliśmy zostać. Szkoda.

Więcej o wydarzeniach projektu "Odczytać Powstanie": http://www.1944.pl/odczytacpowstanie/index.html

Pełny program obchodów 64 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego:

http://www.1944.pl/download/program64.pdf

15:11, piotrpiegat , relacje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4

Wirtualne Gęśle